archiwum: -

road trip "High Way to Hel" (nie pomyliłem ilości "l")



A jednak ticaczem można :)
Szczecin->Malbork. Zwiedzanie zamku około 4 godziny. Malbork->Gdańsk. Dojechaliśmy w godzinach szczytu i nie zabłądziliśmy ;) a nawet znaleźliśmy darmowy parking koło starego miasta. Zwiedzanie Gdańska 3-4 godziny i obiad. Gdańsk->Sopot. Bez żadnych planów Trójmiasta i bez wiekszych problemów udało nam się znaleźć molo. Sopot->Hel. Myśleliśmy, że Trójmiasto to 3 miasta a nie jak na Śląsku... Co chwila kończyło się jedno miasto i od razu zaczynało drugie. W Gdyni pojebało nam się trochę i jechaliśmy cały czas po innej drodze niż myśleliśmy, że jedziemy ale jakoś udało nam się znaleźć wyjazd na Hel (dobrze, że Marcus dostał dzień wolnego bo bez pilota byłoby ciężko). Z planu dojazdu do Helu zrezygnowaliśmy bo do Władysławowa dojechaliśmy okolo 23:00, a w planie było wyruszenie w droge powrotną około 1 lub 2 w nocy, więc trzeba było się zdrzemnąć a i tak juz było ciemno więc zwiedzanie było utrudnione. Spaliśmy w samochodzie (do teraz wszystko mnie boli). O 2 ruszyliśmy w drogę powrotną. Władysławowo->Słupsk. Ciemno i mgła taka, że Karaś po ocknięciu się na chwile nie będąc rozeznany w sytuacji zapytał czy nie otworzyć okna i nie przetrzeć szyb bo tak zaparowało wszystko. Salwa śmiechu i już nic nie mówił tylko poszedl spać dalej :) Słupsk->Koszalin. Nadal mgła ale już świtało przynajmniej. Koszalin->Stargard Szczeciński widno, ale jazda przez wioski pełne bydła i zapachów przetrawionego i wydalonego przez te bydło pokarmu no i nadal mgła. W Stargardzie przerwa, bo Karaś bardzo chciał się wykąpać. Stargard Szczeciński->Barlinek. Odcinek specjalny. Trzeba było Karasia podrzucić nad jezioro bo nie miał okazji wykąpać się w morzu. Barlinek->Szczecin. Lżej już o jednego i znana okolica, ale zawsze musi być jakieś ale. Korek straszny między Pyrzycami a Szczecinem. Trzeba było wyrwać się z niego zawracając bo byśmy tam zasnęli a do tego zaczyło ostro słońce dawać się we znaki. Odbiliśmy więc na Gryfino i dalej już bez problemów.
Podsumowując: start w środę o 5 rano, powrót w czwartek około 10 rano. 1056,5 km tico z obciążeniem około 300 kg (we Władysławowie przetarłem podwoziem po progu zwalniającym). Na trasie tylko jedno wyprzedzanie z zapartym tchem załogi, jedno ostre hamowanie przed dowcipnym kierowcą Audi, który postanowił wyskoczyć na nas zza TIRa na drodze bez poboczy i jedno twarde lądowanie przy prędkości okolo 120 km/h, kiedy to asfalt nagle się skończył (nie uwierzyłem znakom o robotach drogowych).
Jak dla mnie było wypas i wiem teraz, że do Afryki też można tym dojechać ;)

Thorn, 2005-07-15 00:51:18
skomentuj (0)